Jakiś mały detal, uśmiech, ukradkowe
spojrzenie, słowa...cytat. Jak niewiele czasem trzeba, by wywołać uczucie
radości...a jak jeszcze mniej potrzeba, by zrozumieć coś na opak?
Czy ukryty sens, podtekst, tajemnica mają
aż taką siłę? Co jest lepsze: mówić wprost i oczekiwać zrozumienia, czy
pozwolić by ktoś sam postarał się zrozumieć, by rozwikłał zagadkę, by zadał
sobie trud i...i poznał nas. Co jest lepsze?
Wydaje mi sie, że dopiero połączenie obu tych rzeczy daje... no właśnie, co
daje? :)
Nie raz słyszałem, że mówię ogólnikami, że więcej czasem można wyczytać z tego
jak mówię, niż co mówię - chyba, że w grę wchodzą negatywne emocje...wtedy
wystarczy jedno spojrzenie - podobno.
Kiedyś taki nie byłem. Zawsze doceniałem siłę
słowa i kunszt zawoalowanych wypowiedzi, aluzje zmuszające do zastanowienia się
i wyszukania drugiego dna i sensu, ale sam wyrażałem sie jasno - nigdy nie było
rozdźwięku między mową ciała a wypowiadanymi słowami - nie mówię tu o
kłamstwie, a o najprostszym przekazywaniu swoich myśli, uczuć, pragnień,
obaw...tych wszystkich rzeczy, które ludzie samotni są zmuszeni zostawiać dla
siebie, a zranieniu obawiają się podać na tacy.
Mówienie bez konkretów, używając domysłów,
jako spoiwa wypowiedzi pozwala zawsze wycofać się, bądź po prostu jest
chronieniem samego siebie - odbiorca komunikatu nigdy nie jest pewny, co tak na
prawdę miało się na myśli, przez co nie będzie wstanie w żaden sposób nam
zaszkodzić...ale też i pomóc - o ile nie jest cholernym geniuszem, bądź nie zna
nas już tak długo, że wystarczy mu jeden rzut oka w danej sytuacji, i już wie,
co mamy w głowie...
A co, jeżeli my sami się zmieniamy
specjalnie - przestajemy być otwarci, zaczynamy się chować i zaczynamy używać
słów nie po to, by coś powiedzieć, ale by mówić - czy będziemy wstanie sami się
też "odmienić" ?
Sądzę, że tak - ale stanie się to tylko
wtedy, jeżeli zaufamy, bądź zyskamy pewność, że nam na czymś zależy.
Wiele razy coś spierdoliłem tylko, dlatego,
że mój rozmówca odnosił inne wrażenie niż ja rzeczywiście chciałem wywrzeć. Nie
mówię o związkach - to zawsze było skomplikowanie jak mi zależało :P
Zabrzmi to dziwnie, ale z jakiegoś względu
ludzie zawsze do mnie lgnęli - nie mam tu na myśli, że byłem bożyszczem tłumów
czy duszą towarzystwa...co to, to nie. Mówię raczej o sytuacji, kiedy masz
wszystko głęboko w dupie, albo raczej sprawiasz takie wrażenie, manifestujesz,
że nie dbasz o to, co będzie, kto będzie a ci cholerni ludzie i tak się
pojawiają!
Zauważyłem to już w podstawówce, nie
jestem wstanie przypomnieć sobie, kiedy dokładnie - na 100% już po rozwodzie i
"zniknięciu" Andrzeja...
Ogólnie podstawówka to był śmieszny
czas...idąc do liceum obiecywałem sobie, że to nowy początek i wraz z nim odrodzę
się / zdefiniuje się na nowo ( ofc wtedy nie użyłem tych słów a po prostu
miałem się zmienić, skorzystać z czystej karty i napisać swoja historie od nowa
) - teraz jak na to patrzę z dystansu lat, to nigdy bym się wtedy nie
spodziewał, że zmienię się aż tak bardzo - chciałem zmężnieć, a ostatecznie
stworzyłem potwora...najlepsze, że cofając się w czasie nie mam pewności, że
pewnych rzeczy nie zrobiłbym tak samo - jakoś nie widzę szansy w dzisiejszym
świecie dla mnie z lat dziecięcych...a w każdym razie nie tu, nie z takimi
doświadczeniami.
...wracając do tematu.
Mówienie wprost jest ważne, by w rzeczach bardzo ważnych zostać w 100%
poprawnie zrozumianym, odnoszenie sie do intuicji, używanie podtekstów, aluzji
pomaga nam się zorientować, czy "nadajemy na tych samych" falach i
dodaje pikanterii kontaktom, sprawia, że dana relacja staje się wyjątkowa,
jedyna w swoim rodzaju - nasza ... a przy okazji możemy zademonstrować swój
intelekt...bądź jego brak :P
...mam nadzieje, że kiedyś uda mi się
porozmawiać i usłyszeć odpowiedzi...a może nie będzie to konieczne? - nie będzie,
bo zdobędę zaufanie i sam poznam te odpowiedzi z pomocą tej drugiej osoby...mam
nadzieje również, że sam usłyszę pytania, bo czyż ciekawość nie działa w obie
strony?
Najgorsze, co może nastać to
cisza...osobiście lubię ją, często przebywałem w jej objęciach rozmyślając i
analizując. Ona mi nie przeszkadza, nie przeszkadza mi też, gdy pojawia się
pomiędzy dwojgiem ludzi, bo czasem brak słów a jedynie spojrzenie, dotyk stają
się kwintesencją 1000 listów i wypowiedzianych myśli - nie o takiej ciszy mówię.
Mi chodzi o taką cisze, kiedy jedna osoba nie ma juz kompletnie NIC do
przekazania tej drugiej osobie...mówię o martwej ciszy.
W końcu gonienie króliczka jest frajdą
samą w sobie, ale nikt go nie goni, jeżeli nie umie czerpać radości z miękkości
i delikatności jego futerka - może nie jest to najlepsze porównanie, ale dziś
wtorek. Ważny dzień i musze się wyspać ;)
c.d.n.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz