środa, 19 lutego 2014

od czego zacząć ...



Właśnie...od początku? By móc potraktować to jak spowiedź...a może terapie?
Dziwnie się czuje...taki typ ekshibicjonizmu to dla mnie nowość ;)
...dawno już nic nie pisałem. Można by powiedzieć, że zapomniałem jak to się robi lol.

Ogólnie chyba dużo rzeczy zdążyłem zapomnieć przez ostatnie 8 bądź 10 lat... 

Dopiero od paru miesięcy mogę śmiało powiedzieć, ze zaczynam na nowo poznawać siebie samego...na spokojnie, w "racjonalny" sposób, zadając sobie tak prozaiczne i banalne pytania: "Czego właściwie chcesz od życia?" , "Cenisz w ogóle życie?" , "Czujesz się szczęśliwy..." - wiem, wiem... banały. Ale czy na pewno?

Chyba najprościej będzie jak zacznę od odpowiedzi na te trzy fundamentalne pytania...

Pierwsze mnie przeraża - bez kitu... dopiero ostatnio udało mi się wprost odpowiedzieć na nie przy osobie trzeciej ( wliczając siebie samego, moje demony i adresata komunikatu ;): pragnę tego, co nie było mi dane do tej pory...pragnę znaleźć tą jedyną  - implikacja wypływająca z tej odpowiedzi automatycznie pociągnęła za sobą odpowiedzi na dwa następne pytania - taaa, wiem, że to brzmi jak frazes bądź oklepany teks na podryw...zwłaszcza wypływając z moich ust ;)

...właśnie przeczytałem jeszcze raz te wypociny i nie mogę się pozbyć przeczucia, że możne jednak nie powinienem kontynuować.

...ale ofc rozsądne rzeczy to ja chyba ignoruje z natury.

Wracając do tematu...

Głupio się przyznać, ale MUSZE mieć coś z romantyka ( bądź ewentualnie gorzej znosiłem okres dojrzewania :D ). Czemu?
Przez całe liceum uganiałem się za jedną dziewczyną. Tylko jedną. Nikt się nie liczył, nikt nie był wstanie jej dorównać, zastąpić czy chociaż by przypominać...zakładam, że wielu ludzi mogło mieć podobnie, i to, co napisałem nie wróży nic specjalnego - możliwe. Dla mnie jednak osobiście była czymś wyjątkowym, kimś, kogo kochałem jak nigdy w życiu do tej pory i na długo po skończeniu liceum... Była moim światem, powietrzem, radością - pierwszą rzeczą, o której myślałem wstając rano i ostatnią, o jakiej myślałem, gdy zasypiałem. Kimś, kto stanowi wartość najwyższą - mój pierdolony ideał.
Była kimś, dla kogo spaliłem wszystkie znajomości z ludźmi, przyjaciółmi( przenosząc się w klasie maturalnej do nowego liceum nie miałem, do kogo powiedzieć przyjacielu/kolego z starego liceum), wszystkimi, którzy uparcie powtarzali mi przez 3 lata, że to nie to, że się przejadę, że popełniam ogromny błąd, że mam zdjąć "różowe okulary" i dostrzec jak jestem wykorzystywany, okłamywany - kimś, dla kogo świadomie zdecydowałem się być tym "drugim", kimś, dla kogo byłem wstanie rezygnować z własnego dobra, rodzinnego spokoju czy bezpieczeństwa. Najlepszemu przyjacielowi z szkoły byłem wstanie rozjebać łeb - byle tylko jej nie obrażał... Była kimś, dla kogo wywołałem wojnę z własną rodziną, informując ich w trzeciej klasie liceum: "B. jest w ciąży, mam zamiar się z nią ożenić." - nie pamiętam, jakich słów dokładnie użyłem, pamiętam natomiast wyraźnie, jak by to było wczoraj wyraz twarzy jej ojca, jak przyszedłem do jej domu prosić o jej rękę.... Hahahahah, masakra - a najlepsze, ze dopiero od jej przyjaciółki dowiedziałem się, ze to był "blef" a ona tylko "sprawdzała" jak wiele był bym wstanie zrobić dla niej...powiedziała mi o tym po miesiącu.
Taa... og. to był punkt zwrotny. Następne lata mijały na schodzeniu i rozstawaniu się. Trwało to dwa lata. Definitywnie się skończyło jak wyjechała na wyspy...by ponownie się rozwinąć jak z nich wróciła na chwile. Wiem. Debil. Zgodzę się bez szemrania.
Cierpiałem. Bardzo cierpiałem - z własnej głupoty, ale ta myśl nie pocieszała mnie wcale - chyba jedynym pozytywem, jaki wyniknął z tego wszystkiego były zimowe wyjazdy do Sierakowa z osobą, którą nazywałem swoim bratem. Tak de facto był on tez ofiara mojego "romansowania", bo znosił dzielnie wszystkie pobudki w nocy "Ej, spisz? Jest sprawa, B. mnie potrzebuje - weź mnie podrzuć do niej" albo "Ej, jest sprawa - odwieź B. proszę do domu, bo jest po 01. a ona miała być w domu przed 24." - ofc byłem na tyle uprzejmy dla mojego najlepszego przyjaciela z osiedla, że dzwoniłem tylko jak już wydałem ostatnie pieniądze na inne taksówki w środku nocy do swojej wybranki ;)...a on na tyle uprzejmy, że nigdy mnie nie zawiódł...i nie obwiniał jak z powodu licznych wieczornych/nocnych eskapad czy też takich w ciągu dnia, ot z dupy, bo chciałem ją zobaczyć, sam zawalił szkołę - serio była tego masa... 
Mocno przeżywałem każdą dramę, kłótnie...zawsze wpierw szukałem winy w sobie, nigdy w niej - bo to ona ma ciężko w domu, to dla niej los był nieprzychylny, bo ona jest chora, bo ona sama nie wie, co zrobić z ojcem, który nią pomiata...bla bla. Cierpiałem w chuj. Nawet nie jestem wstanie znaleźć odpowiednich słów by opisać, co wtedy czułem, jak każda cześć mnie wyła z bólu i rozpaczy...a do tego czułem się słaby, słaby i bezbronny jak niemowlę. Mistrzyni manipulacji i naiwny debil - to się zawsze sprawdza :) 
Pod koniec liceum nawet wypalane prawie w kg. ilości joint'ów nie pomagały...

Pobłądziłem...znajomi z wyrokami, melanże do oporu, syf w domu, różne ekipy i co chwila inne otoczenie: morze, góry, las.
Nie obwiniam jej za wszystkie idiotyzmy, jakie zrobiłem - obwiniam siebie, że pozwoliłem się tak mocno skrzywdzić psychicznie...,że przez następne lata starając się o niej zapomnieć nie ogarnąłem się a tylko popłynąłem mocniej.

Systematycznie i z uporem zacząłem zabijać w sobie uczucia, empatie, indoktrynować się i wpajać sobie, że muszę być skurwielem, zawsze czujnym i nieufającym nikomu, zawsze węszącym podstęp. 
Skuteczny byłem - trzeba mi przyznać. Z miłego kolesia stałem się kimś innym, zupełnie innym - bezdusznym, napędzanym używkami przypakowanym chujem. 
Tak skutecznie zabiłem jakiekolwiek emocje i uczucia w sobie, że nawet jak mój najlepszy przyjaciel (wspominany już wyżej) miał wypadek na motorze i "starł" sobie na asfalcie kolano do połowy ja ani razu go nie odwiedziłem...pamiętam, że kiedyś skończył mi się ćmiki i zadzwoniłem do niego: "Ej, weź wyjdź i mi daj ćmika, bo nie mam do joya a trzymają mnie kola i nie zasnę - co? A...no fakt, zapomniałem, że rozjebałeś się na tym motorze... Dolina...ale w sumie tylko na chwile możesz wyjść na dwór i dać mi tego ćmika - chyba masz kule, nie?" No comment...
Uważałem, że nikogo nie potrzebuje - w pewnym momencie ponownie zostałem sam...sam z całą masa znajomych od "akcji" i melanży. 

Byłem niezdolny do wyższych uczuć - nigdy więcej się nie zakochałem, a kiedy np. amok opadał i na mojej drodze pojawiał się ktoś, kto budził we mnie iskierkę mogącą rozpalić wewnętrzny ogień zalewałem ją z miejsca betonem, a gdy z jakiś dziwnych, nie wytłumaczalnych powodów taka wylewka nie pokrywała i nie stłamsiła tej iskry sam uciekałem. Wszystko byle tylko nie cierpieć, bo oczywistym jest, że to jedyne, co może mnie spotkać.
W czasie 5 lat studiów może z 4, może 5 razy chciałem się zmienić i coś z kimś zbudować...zawsze nie wychodziło. Byłem zimny. 
Kiedy doznałem olśnienia, że w życiu WSZYSTKO można zanegować i moje podejście wymaga gruntownej przebudowy było już za późno- byłem już w pełni taki, jaki chciałem być: bezuczuciowy, wyrachowany i samowystarczalnym. 
Kobiety były tylko narzędziem i potencjalnym wrogiem. Nie zrozumcie mnie źle - nie chodziłem i nie obrażałem dziewczyn celowo je raniąc, bądź serwując na lewo i prawo GHB- aż tak mi nie odjebało na szczęście. 
Nigdy nie byłem żadnym playboyem, ale cokolwiek, co ugrałem w tamtych czasach było oparte na ściemie i mówieniu tego, co ktoś chciał usłyszeć - faktem jest, że szanowałem tylko kobiety swoich znajomych (co prawda patrząc z perspektywy lat mogłem sobie odpuścić jedna zasadę: nie umawiania się z byłymi kumpli). Chyba najlepszym określeniem mnie z tamtych czasów był by termin, który dopiero ost. poznałem a mianowicie: palant z zasadami. 
Taka sytuacja utrzymywała się tak długo, że nawet podczas któryś świąt przy składaniu życzeń i łamaniu się opłatkiem usłyszałem od swojej matki: "Mam nadzieje, że kiedyś znajdziesz wymarzonego partnera" - partnera kurwa lol - nie zrozumcie mnie źle, nie mam nic do homoseksualistów do póki nie podrywają mnie, ale być uznanym za jednego z nich przez własną rodzicielkę to było trochę dużo jak dla mnie... Teraz jak na to patrzę i przypominam sobie, jak przez lata nie przyprowadzałem żadnej laski do domu a wychodząc zawsze mówiłem: "Wychodzę do chłopaków..." to chyba nie dziwota, że tak pomyślała, zwłaszcza, że mowa tu o czasie na przestrzeni paru dobrych lat a kiedy np. mieszkały u mnie "śnieżynki" przez parę dni,(poznane na jakiś tam baletach przez W., W. i mnie) to ich nie było - szalone wakacje...

Hehe - właśnie przypomniała mi się inna krzywa akcja, jeszcze przed "śnieżynkami", kiedy to mały W. poznał K. a duży W. kręcił z I. By Was nie zanudzać opowiem w skrócie, że K. była najbardziej inteligentną dziewczyną, jaką w tamtych czasach znałem. 
Oczytana, wygadana, ciepła, pomagająca, troszcząca się, wydawało się, że w pełni bezinteresowna...potrafiąca tak mieszać koła i inną chemie, że hohoh...
Był to człowiek, w którym się w pełni platonicznie zakochałem i który na nowo przywrócił mi wiarę w ludzi, kobiety. Nigdy nic nie kombinowałem z nią a traktowałem jak własną siostrę - była moim powiernikiem tych wszystkich rzeczy, o którym nie można powiedzieć kumplom, takim moim pierwszym "lekarzem duszy". 
Gloryfikowałem ją, wspierałem w walce z rakiem mózgu (nawet załatwiłem wizytę u neurologa i ponowną diagnozę), wysłuchiwałem, jaki to mały W. potrafi być trudny i pomagałem jak tylko umiałem by ten ich związek się udał - dochodzę teraz do wniosku, ze to był pewnie główny powód urwania się kontaktu z małym W. ... ,ale wracając do tematu:
K. była tak istotna i wyjątkowa, że bez zawahania zrobiłbym dla niej wszystko - nadal nie wiem, czy spowodowane to było dużymi ilościami ekstazyny czy może tym, że sam byłem "wygłodniały" emocjonalnie i możliwość troszczenia się o siostrę, która jest taka biedna i zagubiona wydawała mi się piękna...a może tym, że K. okazała się kolejnym mistrzem manipulacji - wręcz jestem zdania, że powinna zajmować się tym zawodowo.

Jak się potem okazało nic, co nam mówiła nie było prawdą: nie było żadnego raka, nie mieszkała nawet tam gdzie twierdziła, wszystko, o czym opowiadała: o problemach w domu, na uczelni, tym jak to się troszczy o innych etc. - chociaż stop, potrafiła się baaardzo troszczyć o innych - tak długo jak mogła doić z nich pieniądze i karmić kłamstwami, kontrolować i manipulować. Mnie owinęła sobie wokół palca by mieć wpływ na małego W. , z dużym W. nie szło jej wiec wzięła się za jego dziewczynę I. i wyłudziła od niej parę tysięcy złotych tłumacząc, że wpadła z W. i potrzebuje na zabieg - nawet zabierała z sobą I. do kliniki na badania, i to nie raz i nie dwa...mistrzyni po prostu. Jej głównym celem był mały W. a raczej pieniądze jego rodziców (mowa tu o rodzinie, w której jak np. syn chciał iść na imprezę, ale nie miał kasy, bo po kolejnej kłótni starzy go od niej odcięli, starczyłoby poszedł do pralni i poprzeglądał kieszenie odzieży do prania - ot tak znajdowało się parę stów i problem znikał). 
By go związać z sobą wyciągała go na "magiczne" spotkania tylko w dwoje, karmiąc ogromną ilością różnych specyfików (wierzcie mi, nie stroniliśmy w tamtych czasach od dragów typu babka czy koła - ale to, co ona potrafiła zmieszać, i jak znikali na wiele dni tak, ze nawet my z dużym W. nie wiedzieliśmy gdzie są, naprawdę było przerażające - na bani przez parę dni non stop pod żad...ofc wtedy nikt z nas nie wiedział, że oni aż tak "dają w palnik" a sam mały milczał) i nastawiała go przeciwko całemu światu... najgorsze, że jak mały miał przebłyski świadomości i zaczynał łapać, że jest lekko dymany na siano etc. to kto szedł go uspokajać mówiąc, jaka to K. jest wspaniała? No oczywiście ja...

Trwało to może z pół roku...nie pamiętam - tbh była to dla mnie taka trauma, jak wszystko wyszło na jaw, ze zepchnąłem cały ten okres w najciemniejsze miejsce w pamięci, starające się zupełnie o nim zapomnieć i wymazać - pisząc o tym dziś miałem nawet problem przypomnieć sobie jej imię.... 
Cała ta sytuacja mocno poróżniła tez nasze trio i staraliśmy się nigdy więcej o tym nie rozmawiać. Pamiętam, że po tej akcji wprowadziłem szczegółową selekcje w odniesieniu do znajomych (starych jak i nowo poznawanych), przestałem się komukolwiek zwierzać z czegokolwiek...czasem gadałem od serca z dużym W. ale na ogół na takiej bani, że następnego dnia nawet nie pamiętałem dokładnie, co mówiłem.

Powiecie: sami sobie zasłużyliście, nie trzeba było tyle ćpać to może by się ktoś szybciej pokapował - no kurwa brawo - taki mądry to ja tez już jestem...niestety po fakcie. Po tej całej akcji przestałem brać koła, paliłem tylko - o ile można powiedzieć "tylko" lol. 
Z racji lekkiego zagubienia i ponownego rozpalenia wewnętrznego ognia starałem się coś pozmieniać ponownie, ale nie potrafiłem, nie kiedy pamiętałem jak to łatwo można spierdolić wszystko ufając ludziom. 

Znalazłem kolejną ekipę i kolejne melanże z dymem zakrapianym %. 
Uczuciowo byłem jeszcze bardziej jałowy. Nic nie czułem. Nikogo nie potrzebowałem i nic nie chciałem z wyjątkiem wieczornego jointa - najważniejsze było, by był ten "nasenniak"... by nie myśleć przed zaśnięciem i by nie śnic o niczym.

Dopiero pod koniec studiów ogarnąłem sie lekko - paliłem już "tylko" jednego "nasenniaka" dziennie, zacząłem ćwiczyć, przestałem pic. 
Starałem się dostać do szkoły oficerskiej w Wrocławiu, ale niestety zanim wyleczyłem kontuzje kolana, której się nabawiłem przy przygotowaniach do testu sprawnościowego wstrzymano nabór, potem do szkoły policyjnej przez dwa lata, ale dupa (w tym czasie miałem dwie długie przerwy od "papierosów"). 
Odpadałem zawsze na ost. etapie - części psychologicznej - idk do teraz, czy serio nie mam predyspozycji do tego zawodu, czy jednak przekreśliła mnie moja własna kartoteka ( zakładam, że jak wyciągają Cie z domu o 6 rano dwaj tajniacy, wywożą na komendę i przesłuchują do godziny 12.00 strasząc i grożąc byle byś tylko wsypał kumpla, a znaczna liczba Twoich znajomych albo usłyszała wyroki albo prawdopodobnie byli obserwowani, to posiadanie własnej kartoteki brzmi prawdopodobnie + parę nieporozumień w stylu: "Kogo to jest? Nikogo? To jedziemy wszyscy na komendę!" bądź: "Gdzie to macie! Mówcie już, albo zaraz zgasną światła i spadnie "gumowy deszcz."...aaa no i zapomniałbym o moim biologicznym Ojcu...dwa rożne nakazy aresztowania i dzielnicowy wpadający co jakiś czas sprawdzić, czy może przypadkiem nie mieszka ponownie z nami, bądź wypytujący mnie osobiście podczas rutynowej kontroli i spisywania. W sumie to nieważne...teraz to juz nie istotne.

Szczerze mówiąc bardzo źle zniosłem te porażki...nie potrafiłem się pozbierać - jak zawsze nie miałem planu C i kiedy plan A, B nie wypalił było ciężko, ale dałem rade, znalazłem prace w zawodzie i było nawet si. 

Powoli starałem się samemu, powiedzmy "sztucznie" rozpalić tą wewnętrzną iskierkę. Nie będę ukrywał: nie wychodziło mi to. Niby kogoś tam spotykałem, umawiałem się, ale zawsze coś mi nie odpowiadało: "Jak kraść to miliony, a jak ruchać to księżniczki".
Doszukiwałem się najdrobniejszych mankamentów i podnosiłem je do rangi przeszkody uniemożliwiającej zbudowanie czegokolwiek. 
Kiedy indziej jeszcze przed pierwszym spotkaniem stwierdzałem, że nie ma to sensu i odwoływałem spotkanie...teraz jak o tym wszystkim myślę, to sądzę, że najzwyczajniej się bałem - bałem się, że nie wyjdzie, że znowu coś się spierdoli, albo w porę nie wywęszę zagrożenia i znowu będę cierpiał...a nie byłem gotowy by przechodzić przez to jeszcze raz.

I tak oto trwałem sam z sobą wmawiając sobie, że jeżeli jest mi pisane kogoś spotkać, to go spotkam i tyle. Starałem się sobie wmówić, że mam czas, że nadal jest ok - że w temacie miłości nie należy robić nic na siłę. Chciałem znaleźć ta jedyną i nie rozmieniać się na drobne. 
Nawet przez pewien czas żyłem w pełnym celibacie - tak, celibacie...z własnej nieprzymuszonej woli( +/- 2 lata...wiem wiem - nie ma co komentować).
Oczywiście paliłem, i to dużo. Teraz myślę, że mogłem inaczej wszystkim pokierować, a obrany tryb życia był czymś w rodzaju mojego własnego kokonu - jedni budują mur i podróżują z nim po świecie, inni ograniczają swój własny świat do minimum i nadają słowu "hermetyczne grono" nowe znaczenie...coś jak by: "Nie myli się tylko ten, kto nic nie robi" - w temacie miłości wiedziałem, że nie stać mnie na pomyłkę... wiem dziwnie brzmi.
Fakt faktem, taki hermetyczny krąg znajomych sprzyjał innym działaniom, jakich się podjąłem, ale to już inna bajka.     

Jakieś 1,5 roku temu o włos sam nie przypłaciłbym mega przypałem swojego trybu życia. 
Prawie, jak co dzień wybierałem się do swojego przyjaciela na innym osiedlu by po całym dniu użerania się z debilami w pracy, rodziną po prostu usiąść i w spokoju zapalić. 
Pamiętam jak idąc ulica i widząc duża ilość samochodów zaparkowanych przed domem pomyślałem, że dziś musi być super mecz albo ustawka na pokera, bo masa ludzi się zjechała...trochę się pomyliłem.
Jakaś dziwka się rozpruła i mojemu przyjacielowi najnormalniej zrobiono wjazd na chatę. Jeżeli nie spóźniłbym się jakieś 30 min. sam bym siedział w tym domu i został powinięty, i na 100% łatwo bym się nie wywinął. 
Strach, panika, przerażenie. Zmienianie nr. i telefonów, kołowanie pieniędzy na adwokatów, paranoje typu: trzaski w słuchawce; "Ten wózek widzę już 3 dzień na swojej ulicy"; podchodzenie do okna, gdy tylko słyszałem parkujący samochód; siedzenie w domu jak na szpilkach i zastanawianie się, kiedy i po mnie przyjdą, te same rozkminy w drodze do pracy i podczas powrotu do domu; palpitacja serca na widok każdego awizo adresowanego do mnie; myśli o niewinnym i dobrodusznym bracie przyjaciela, który został "znaleziony" w tym domu i bez żadnego gadania wyłapał wpierw 3mc a skończyło się na 1.5 roku w efekcie - świadomość, ze to mogłem być ja - ze to był bym ja, gdybym tylko przyszedł punktualnie. Potajemne odwiedzanie ukrywającego się przyjaciela i kołowanie siana na jego ukrywanie. Pierwsze rozpady w ekipie i posądzanie jednych przez innych, wzajemne obwinianie o ilość pieniędzy z "listy". Pożegnalne spotkanie części ekipy z przyjacielem na dzień przed stawieniem się z papuga na komendzie. Czekanie na pierwszą rozprawę, potem na druga, w końcu na ogłoszenie wyroku...i wkorwienie, złość, smutek...3.5 roku bezwzględnego pozbawienia wolności...
i tak na dobrą sprawę nikogo, komu można by było się "wypłakać" otwarcie i bez ogródek.

Niby nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło...ale nadal czuje dziwny posmak w ustach, gdy wypowiadam te słowa w myślach w odniesieniu do tych wydarzeń. Co dokładnie chce powiedzieć mówiąc "...co by na dobre nie wyszło."? Juz tlumacze...

Oczywiście pomijając fakt, że przez pierwsze miesiące po wyżej opisanych wydarzeniach ilość spożywanego alkoholu diametralnie wzrosła, to ilość wypalanych "papierosów" została zredukowana do zera. Przyznam się...stanowczo wole jointy od alkoholu - mniej głupot przychodzi po nich do głowy, by sie rozluźnić starczy jeden "papieros" (ofc przy założeniu, ze jesteś weekendowym palaczem a nie "jarającym kominem" - alk spożywany dzień w dzień to też nic fajnego)- kwestii odziałowywania na komórki mózgowe nie będę komentował (zostało przeprowadzone wiele badań i żadne z nich jednoznacznie nie bylo wstanie stwierdzić, co jest bardziej szkodliwe).Sprawą oczywista jest, jakość palenia, ale podobnie sprawa ma sie do alkoholu - w końcu metylowy to nie przelewki...kończąc tą dygresje zaznaczam jeszcze raz: to jest moja własna opinia a nie kategoryczne stwierdzenie wyższości wąsów nad procentami.
Stylem pijanego mistrza punktowałem rzeczywistość z jakieś 4-5 miesiące. Ogólnie był to przejebany czas. 
Zostałem zmuszony do zmiany swoich nawyków, moja ekipa rozpadła sie prawie doszczętnie, "normalni" znajomi tylko mnie wkórwiali, ci od melanży jeszcze bardziej działali mi na nerwy. 
Starałem się siedzieć w domu i nie pakować w żadne kłopoty, ale dla kogoś, kto częściej słyszał w domu tekst: "Traktujesz dom jak hotel" niż: "Mamy na wieczór zajebisty film na vod" siedzenie prawie 24h w domu było swego rodzaju katorgą. 
Zero hobby a zainteresowania w świetle ostatnich wydarzeń nie prezentowały sie już tak "ponętnie"... no i najważniejszy element: byłem singlem bez nikogo bliskiego (tu mam na myśli taki obraz: ZAWSZE masz, do kogo sie odezwać - pytanie tylko czy chcesz tej osoby/osób w ogóle słuchać oraz: ciągle żyje tam na świecie bardzo bliska Ci osoba, Twój "brat" - ale bądźmy szczerzy: jesteście już z dwóch innych bajek, nie wspominając, że ty jesteś tu a on z żoną tam, w swoim własnym mieszkaniu...)

W tych "niepewnych" czasach bardzo istotna role odegrało parę osób, ale największą bez wątpienia S.
To dzięki niemu poznałem K. Lubię takie kobiety: silna, inteligentna, z własnym zdaniem, potrafiąca się śmiać z siebie samej, ale gdy trzeba było to wbijała "igły" z taka łatwością i precyzją oponentowi, że aż zapierało dech w piersiach. Niezależna i zdająca sobie sprawę z swojej wartości...pierwszy raz od niepamiętnych czasów to mnie adorowano, a nie na odwrót - ok, przyznaje się...czasem jestem płytki:P
Przebijała sie z uparciem maniaka przez mój kokon, rozbierając mnie z każdego elementu mojej zbroi - zawsze gotowa by mnie opierdolić i wesprzeć... 

Same superlatywy - prawda? Wierzcie mi, dla mnie również - byłem zachwycony, szczęśliwy i...uśmiechnięty...tak, zgadza się! 
Nie dość, że pobudzała mnie na każdym poziomie egzystencji, od łóżka po rozmowę o kuchni (nawet przekonała mnie do jedzenia sałatek, jako posiłku a nie dodatku do dania!) to nie było miedzy nami tematu tabu czy niezręcznej ciszy...a jak oboje zaczynaliśmy milczeć, to nigdy nie było niezręcznie...zakochałem się tak jak już nie pamiętam kiedy...odjebało mi, tak na serio serio. 
Po raz pierwszy od niepamiętnych czasów przyszedłem do domu w towarzystwie kobiety, gdy rodzice byli w domu i przedstawiłem ją swoim rodzicom mówiąc: "To jest K. moja dziewczyna i ktoś, kto sprawia, że jestem najszczęśliwszym człowiekiem na świecie."

Jedynym mankamentem była odległość, bo dzieliło nas 400+ km., ale to nie było ważne: i tak widywaliśmy się co dwa tygodnie i spędzaliśmy z sobą cały weekend od piątku rana po poniedziałek wieczór, a kiedy nie byliśmy razem to dzięki komórce i Skype zawsze ją czułem blisko...świetnie łapała mój chory charakter a ja jej. 
Nie mówię, że nie było spięć i kłótni - w końcu do najnormalniejszych nie należę, ona natomiast też miała swoje jazdy a oboje łatwi w "użyciu" nie byliśmy ;)
Ale nie ważne, co by sie działo zawsze potrafiliśmy sie odnaleźć i dojść do kompromisu bądź po prostu powiedzieć: przepraszam.
Miała problemy zdrowotne i to dość poważne. Wiedziałem, ale nie przerażało mnie to. Nie było to nic, czego nie da się wyciąć bądź wyleczyć...zwłaszcza jak miała również do dyspozycji lekarzy z mojej najbliższej rodziny...może bagatelizowałem jej chorobę, ale się jej nigdy nie bałem.
No to koniec....

Taaa, niestety nie. To wszystko było za piękne by mogło być prawdziwe...
Niestety poza całą masą tych wspaniałych cech miała jeszcze: męża, K. - tak miała na imię...ale na drugie imię, upodobanie do posiadania pełnej kontroli (po poznaniu niektórych moich znajomych potrafiła wydzwaniać i mnie sprawdzać, bądź oczerniać i referować im szczegóły naszego związku, nawet te najbardziej intymne i osobiste, gdy się pokłóciliśmy i była np. zła na mnie) i...znowu związałem się z inteligentną manipulantką (starała sie skłócić mnie z S. i innymi znajomymi, opowiadała innym nieprawdziwe rzeczy na mój temat, mi nieprawdziwe na temat innych, kiedy coś szło nie po jej myśli potrafiła uciec sie do szantażu bądź odpierdalała komedie typu: "trafiłam do szpitala i umieram" , "miałam wypadek i leże w szpitalu" etc.) ...i czar prysł. 
Spędziliśmy z sobą trochę ponad 4 miesiące i jeżeli mam być szczery mimo wszystko nie żałuje...może dlatego, że pomogła mi się wydostać z mojej zbroi i...sprawiała, że sie uśmiechałem:) ...a co nas nie zabije, to nas wzmocni!!

Fakt faktem dopiero teraz moge to tak określić. Gdy wszystko zaczęło sie sypać i co rusz dzwonili do mnie ludzie prosząc o wytłumaczenie, gdy zadzwonił do mnie jej maż informując, co i jak, i że przyjedzie spotkać sie zemną, gdy zamiast uśmiechać się sie moja twarz nie zdradzała żadnej emocji a oczy pałały nienawiścią i żalem, gdy leżąc i starając się zasnąć znowu analizowałem, co spierdoliłem, no bo przecież było tak pięknie... cierpiałem tak, jak by ktoś powoli, bez pośpiechu, ale za to z chirurgiczną skrupulatnością i bez żadnego znieczulenia obdzierał moje ciało z skóry, pasek po pasku, trzymając mnie pod prysznicem z octu... 
W pewnym momencie chciałem się już definitywnie poddać i tylko znaleźć jakiś ciemny kont i tam zdechnąć...zbyt wiele razy przechodziłem to samo gówno, powielałem ten sam schemat i nie wyciągałem żadnych lekcji. Zbyt wiele razy szczęście wymykało mi się rurą kanalizacyjną i lądowało w charakterze ścieku. 
Pierwszy tydzień po rozstaniu spędziłem na użalaniu sie w typowo neandertalski sposób, bądź jak by to określił "poeta Peja": Odpał - 6 dni w ciągu...
...i nagle coś sie zmieniło. Szóstego dnia spotkałem kogoś, kto w niewytłumaczalny sposób znowu sprawił, że sie uśmiecham :) 

Nadal jestem sam, ale mam pewność już, co stanowi dla mnie wartość najwyższą w życiu, co chce osiągnąć i co da mi szczęście...nawet mnie kłuje "pospolitość" i "infantylność" tych słów jak je pisze, ale może już najwyższy czas przyznać sie na głos: Masz w sobie dusze romantyka...razem z innymi demonami ;)

c.d.n
 
 
               
                 
                      





          

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz